poniedziałek, 21 lipca 2014

#quattro


i krzyczę znów
 za dużo słów 
za dużo słów na marne

Rano, po jednej z imprez w klubie, gdzie była stałym bywalcem, rozdzwonił się telefon. Początkowo nie chciała go odebrać, ale kiedy ktoś trzeci raz próbował się z nią skontaktować, niechętnie wstała z łóżka i odebrała. Po chwili przebrała się i żeby poczuć się choć trochę lepiej sięgnęła po kokainę. Musiała się czymś ratować. Włoska agencja, w której pracowała poinformowała ją o tym, że na poprzedni adres jej zameldowania, czyli do mieszkania Andrzeja, wysłano korespondencję, którą trzeba podpisać i odesłać z powrotem. Zanim dotarła na miejsce, kokaina zaczęła już działać. Monika czuła się pobudzona, może nawet trochę podminowana, co w oczach osób patrzących na jej poczynania w tramwaju i  na chodniku czyniło ją agresywną. Szybkim krokiem udała się na właściwe piętro i zapukała. Andrzej prawdopodobnie zobaczył ją przez wizjer, dlatego drzwi otworzył odwrócony plecami i z opuszczoną głową.
- Przyszłam tylko po swoją korespondencję.
- Po co przyjechałaś? Masz urlop?
- Tak. - odrzekła zgodnie z prawdą, bo właśnie tak tłumaczyła sobie swoją nieobecność we Włoszech, choć oficjalnie, dostała wolne tylko na cztery dni, a nie dwa tygodnie, które minęły.
- Nie szukasz tam mieszkania? Przecież nie będziesz mieszkać z Bartoszem. Podobno to ty go rzuciłaś.
- Poradę sobie. I tak, masz dobre informacje.
Gdyby nie narkotyki, zapewne nie byłaby w stanie z nim rozmawiać i odpowiadać mu na jakiekolwiek pytania.
- Cóż. Nie dziwi mnie to.
- Andrzej, gówno cię to wszystko obchodzi. - odburknęła.
-  Masz racje, dokładnie gówno. Ale mam do ciebie prośbę. Jedź do Włoch tak samo szybko, jak pojawiłaś się w Polsce. Zniknij stąd.
- Pierdol się. - krzyknęła i bez najmniejszego zawahania uderzyła Wronę z całej siły w twarz.
- Oszalałaś?! Gdybyś mnie kochała, nie zrobiłabyś tego. Bartek najwyraźniej nie miał racji, mówiąc, że nadal jesteś zakochana. Szkoda tylko, że dla mnie jesteś zerem. Dla mnie już nie istniejesz.
Kiedy chciała uderzyć go drugi raz, złapał ją za nadgarstek i choć wcale nie użył siły, spowodował, że jej wychudzona i bezsilna ręka nie mogła wyswobodzić się z uścisku. Z przymkniętymi oczami szarpała się z Andrzejem, który zamiast puścić ją i pozwolić wyjść patrzył na jej zachowanie z politowaniem. W końcu uspokoiła się i nieco łagodniejszym tonem powiedziała:
- Daj mi, to. Proszę.
- Trzymaj. - podał jej niewielkich rozmiarów kopertę, którą natychmiast otworzyła, choć nie powinna robić tego akurat w tym miejscu. Po przeczytaniu wszystkiego wpadła w szał. Odurzona kokainą zaczęła biegać po mieszkaniu Andrzeja i krzycząc na całe gardło wprawiła go w osłupienie. Przewróciła stół, krzesła, rozlała wodę na panele.  Zmęczona lataniną usiadła przy oknie, kładąc na parapecie głowę. Agencja, w której pracowała podziękowała jej za współpracę i rozwiązała z nią umowę informując tylko o tym, że zaległe wynagrodzenia za sesje i pokazy już znajdują się na jej koncie. Rzekomym powodem zerwania umowy było zaniedbywanie obowiązków i niewywiązywanie się z zawieranych umów. Kiedy jej złość ustała podniosła głowę, a nad rozdartymi kawałkami listu klęczał Andrzej. Próbował ułożyć je w całość, najprawdopodobniej po to, aby poznać powód jej furii. Kiedy to zrobił, Monika rzuciła się na niego z pięściami.
- Po co to zrobiłeś?! Dlaczego chciałeś wiedzieć?! Wyrzuć to, rozumiesz? Wyrzuć.
Wronie nie przeszkadzały zrywy jego byłej dziewczyny, bo jako postawny, silny i wysoki mężczyzna z powodzeniem odpierał ataki. W końcu złapał ją za ramiona silniej niż wcześniej, co sparaliżowało jej ciało i popatrzył w jej źrenice.
- Ty ćpałaś. Kurwa, ty jesteś naćpana!
- Sam jesteś naćpany, zostaw mnie!
- Co brałaś?
- Nic nie brałam, o co ci chodzi? Przyszłam tylko po list.
- Straciłaś kontrakt.
- Już mówiłam, że nic ci do tego. Wrócę do starej agencji.
- Zapytam jeszcze raz - co brałaś?!
Echo jego słów rozniosło się po całym osiedlu. Monika nie chciała się przyznać, więc dalej brnęła w zaparte.
- Powtórzę się jeszcze raz. Nie brałam nic. Nie ćpam i ćpać nie będę. Puść mnie, chce wyjść.
- Na pewno?
Nie odpowiedziała mu na to pytanie. Po prostu odwróciła się i wyszła. W swojej złości nie zwracała uwagi nawet na jadące samochody i zdenerwowanych kierowców, kiedy wchodziła im pod koła, a dźwięk przekleństw roznosił się po całej ulicy. Następnego ranka żałowała kłótni z Andrzejem. Wściekła się też na Kurka bo gdyby nie on i jego rzekome oczekiwanie na nią, nie przyjeżdżałaby do Polski i nie byłoby jej tak ciężko stąd wyjechać. Dodatkowo wygadał się Wronie. Brała jednak pod uwagę to, że przecież ostatecznie decyzja należała do niej i nie może obwiniać Bartosza w stu procentach za wszystko, co się wydarzyło. Zadzwoniła do swojego włoskiego menadżera zapytać, czy nie mogłaby wrócić i czy nie dałoby rady wszystkiego odkręcić. W odpowiedzi usłyszała, że na wszystko jest już za późno, a on sam musi podziękować za współpracę. Świat kolejny raz runął jej na głowę. Jej psychika, której już właściwie nie było, z każdym dniem upadała w dół, ciągnąc wszystko - począwszy od Andrzeja, skończywszy na karierze we Włoszech. Jej jedyną nadzieją był powrót do starej agencji, w której stawiała swoje kroki  i w której tak bardzo chcieli ją zatrzymać. Wstydziła się jednak prosić o ponowne przyjęcie. Z rodzinnego domu wyniosła takie wartości jak honor, chociaż w tym przypadku nie miała przecież wyjścia. Musiała wrócić na stare śmieci, aby nie upaść jeszcze gorzej. W narkotykowym amoku, który z każdą chwilą ustawał poszła do klubu aby odebrać od właściciela towar. Czekał na nią w swoim samochodzie. Znała go doskonale.Jej koleżanki z agencji, do której chciała teraz wrócić, kupowały u niego towar jeszcze jakieś pół roku przed jej wyjazdem do Włoch.
- Nie wierze, Monika, że i ty wciągnęłaś się w to bagno.
- W nic się nie wciągnęłam. Po prostu potrzebuję trochę na teraz, na kilka dni. Muszę poradzić sobie z pewnymi sprawami, a bez tego nie dam rady.
- Wy wszystkie jesteście piękne, mądre co zdarza się w tej branży rzadko, ale cholernie zagubione.
- Po co mi to mówisz, skoro sprzedajesz?
- Sprzedawałem półtora roku, od dziś jestem wolny. Rzucam to. Przepraszam.
- Ale jak to rzucasz? Od kogo teraz będę kupować? Parę dni temu, jakiś gość też mi odmówił.
- Mój syn musiał przejść operację za granicą. Pożyczyłem na to pieniądze od znajomego, który okazał się być dilerem. Zażądał szybszej spłaty gotówki. Nie miałem za co mu oddać. Nie mogłem sprzedać klubu ponieważ dzielę go na spółkę z bratem, a ten pożyczył mi tylko niewielką część pieniędzy na leczenie syna. Znajomy zaproponował, że jeżeli rozprowadzę narkotyki za cenę, która pokryje mój dług, będziemy kwita. Widziałem się z nim przed przyjazdem tutaj. Obydwoje uznaliśmy, że znajomość zakańczamy raz na zawsze. Dla naszego bezpieczeństwa. Syn jest już zdrowy, a żona nie chce już ode mnie odejść. To było piekło. Półtora roku życia w strachu. Mam tylko wyrzuty sumienia, bo wszystkie twoje koleżanki, które się u mnie zaopatrywały trafiły na terapię. Niektóre są już wolne, kilka jeszcze chodzi na zajęcia. Z drugiej strony to nie do końca moja wina. Ja przecież ich w to nie wciągnąłem. Same przychodziły i kupowały. Gdybym sprzedawał im tyle, ile naprawdę chciały, odwiedzałabyś je na cmentarzu. Dlatego właśnie tyle czasu zajęła mi spłata długu.  Nie marnuj się dla kokainy. Dobra z ciebie dziewczyna.


Jestem tym, czym jestem.

Robię to, co chcę, ale nie mogę tego ukryć. 
 
Monika wyszła z samochodu wstrząśnięta historią właściciela klubu. Usiadła nad Wisłą i otworzyła woreczek z białym proszkiem. Porozglądała się dookoła. Nie wiedziała, do kogo może się zwrócić z pomocą. Zamiast wziąć się w garść, siedziała bezczynnie aż do zmierzchu. Wyglądała źle. Podpuchnięte oczy, rozmazany tusz, rozczochrane włosy i pomięte ubrania. Nie miała ochoty na to, aby wyglądać tak, jak zawsze. Nie czuła się tą pięknością z gazet i setek sesji zdjęciowych. Nie czuła się tą długonogą brunetką z wybiegów w Mediolanie. Patrzyła na siebie w wystawach sklepowych stojąc nieruchomo z opuszczonymi wzdłuż tułowia rękami. Czas od czasu kręciła jedynie głową. Nie miała przy sobie dokumentów. Jedynie klucze od hotelu, telefon i kilka drobnych. Wstąpiła do sklepu po drodze i kupiła dwie drożdżówki oraz wodę mineralną i podążyła w stronę starego miasta. Ze smakiem zajadała się dopiero co zakupionym pieczywem. Pech chciał, że zagapiła się i potrąciła wymijającą ją osobę.
- Przepraszam, ja to pozbieram.
- Monika? To ty? 

Ten dzień mogła zdecydowanie zaliczyć do listy nieudanych, która z każdym tygodniem powiększała się o siedem. Osobą, której z reklamówki wysypały się jabłka, a z ręki wypadła torba, był nie kto inny jak jej siostra, pieszczotliwie zwana Młodą.
- Trzymaj, twoje zakupy. Zagapiłam się i potrąciłam cię przez nieuwagę.
- W porządku, zdarza się.
- No to ... Cześć.
- Poczekaj, poczekaj. Jak już spotykamy się przy takiej okazji, to może chociaż chwilę pogadamy? Jak ci tam w tej agencji?
- A no właśnie mnie zwolnili. Fajnie, nie? Teraz możesz się cieszyć, że jednak mi się nie udało.
- Przeszła mi ochota na modeling. Skończę studia i może znowu zacznę się w to bawić. I nie, wcale nie cieszę się z twojego nieszczęścia.
- No to życzę powodzenia. Tylko jedna mała uwaga - jest różnica pomiędzy zabawą, a robieniem czegoś na poważnie. 

- Dobra, nie będę ściemniać. Andrzej mi wszystko powiedział. Wiem, co się stało.
- No proszę, to w takim razie po co zapytałaś?
- Bo chciałam usłyszeć to od ciebie. Chciałam zobaczyć, czy mi powiesz, co się stało.
- Nie mam nic do ukrycia. Obojętne mi, czy ktoś wie coś o mnie, czy nie. Ale zaraz, zaraz. Wszystko, czyli co?
- No to, że przyszłaś po list i powiedziałaś mu,że wylali cię z agencji. Mogę ci jakoś pomóc?  

Monika czuła na sobie wzrok Młodej. Spojrzenie pełne współczucia i chęci poznania całej prawdy. Przyjęłaby pewnie pomoc i byłoby jej na pewno lepiej pod każdym względem, zarówno psychicznym jak i fizycznym. Coś jednak stało jej na drodze w przekonaniu się do siostry. Był to właściwie ktoś, kogo Monika chciała mieć przy sobie, ale było to niemożliwością. Chodziło oczywiście o Andrzeja, któremu była wdzięczna za to, że nie powiedział Młodej całej prawdy.
- Obecnie nocuję w hotelu, ulokuję się gdzieś, ale dziękuję.
- Gdybyś chciała pogadać, to zawsze możesz dzwonić, przyjść, cokolwiek...
- W porządku.
- odrzekła obojętnie.
- W sumie to nie wiem, czy to dobry moment, ale chciałabym ci coś dać. Noszę je w torebce, bo dzisiaj dopiero odebrałam.
Młoda wyciągnęła z torebki biało różową kopertę zaadresowaną do Moniki.
- Do dwóch tygodni przed chciałabym znać odpowiedź. Liczę na twoją obecność. 
Monika i jej siostra rozeszły się bez słowa. Właściwie to Monika odeszła, bo trzymając w ręce zaproszenie na ślub Alicji Bartoszewskiej i Andrzeja Wrony, który odbędzie się za pięć tygodni zaniemówiła. Nie mieściło jej się w głowie, że Młoda z takim spokojem wręczy jej kopertę, przez którą jej świat runie już doszczętnie. Dopiero po chwili namysłu, Monika uświadomiła sobie, że jej obojętność wobec Andrzeja i jego uczuć, kiedy wyjeżdżała do Włoch, poraziła go bardziej niż jej się wydawało. Z resztą nie tylko jego, bo Alicja dalej myśli, że Wrona to dla niej temat zakończony.

sobota, 12 lipca 2014

#tre

Pomyśl o wszystkich momentach bez wsparcia,
pomyśl o przykrościach i o wszystkich starciach
i zrozum, że zamknięty rozdział to nowa szansa.



W przypadku Moniki, stwierdzenie, że pieniądze szczęścia nie dają sprawdzało się w stu procentach. Zaoszczędzone fundusze spokojnie wystarczyłyby na kupno jakiegoś małego mieszkania. Ciężko jednak było mówić o jakimkolwiek zakupie nieruchomości, skoro nie wiedziała, gdzie tak naprawdę jest jej miejsce - czy we Włoszech, czy w Polsce. Wyciągnięte na wierzch narkotyki nie ruszały jej ani trochę. Wszystko było jej obojętne. Nawet to, co stanie się , kiedy pierwszy raz w swoim życiu sięgnie po kokainę. W jej głowie zrodził się pomysł, aby bez względu na obawy, jakie będą jej przy tym towarzyszyć, odwiedziła dom rodzinny. To samo miejsce, którego praktycznie się wyrzekła i o czym nie chce pamiętać, bo świadomość tego, jak bardzo zraniła kochających ją rodziców i rodzeństwo, na które zawsze mogła liczyć, rozdzierała ją od środka. Ubrała pierwsze lepsze czarne spodnie, szarą sportową bluzę z kapturem i czarne trampki po czym udała się na pobliski przystanek. Linia, która kilka lat temu pięć razy w tygodniu zabierała ją ze szkoły do domu, również i tym razem zatrzymała się tu, gdzie zawsze. Monika wysiadła z tramwaju i widząc okno zasłonięte beżową roletą znajdujące się na drugim piętrze momentalnie poczuła, że jej nogi są jak z waty, a serce bije dużo mocniej, niż wcześniej. Zapaliła papierosa. Po chwili drugiego. Kiedy odruchowo szukała w torebce paczki, aby chwycić trzeciego,  zaczepiła ją sąsiadka z trzeciego piętra i ze szczerym uśmiechem powiedziała  dzień dobry. Monika odpowiedziała tym samym i postanowiła w końcu wejść do klatki. Trzymając się prawą ręką starej poręczy, przemierzyła schody. Przełknęła ślinę i wzięła głęboki oddech, wraz z którym otworzyła drzwi. Z salonu słychać było śmiech mamy, donośny głos taty i radosne pokrzykiwanie rodzeństwa. Miała ochotę stanąć za futryną i słuchać. Miała ochotę przypatrywać się szczęściu osób,  z którymi mogła je dzielić. Z bezwładnych dłoni upuściła telefon, który zdradził jej obecność. Przeklinała w myślach na swoją niezdarność, bo wiedziała, że nie ma wyboru, że musi wyjść zza ściany i zmierzyć się z tym, czego tak bardzo się bała. Błądząc po dywanie wzrokiem, odezwała się tylko jednym słowem.
- Cześć. 
Miała ochotę zapaść się pod ziemie. Nikt nie cieszył się z jej przyjazdu. Nikt jej nie objął, nie przytulił, nie ucałował w policzek. Nikt nie uśmiechnął się szczerze. Jedynie mama uniosła w górę kąciki ust, za co ojciec zmroził ją wzrokiem. Czuła, że jest na nią zły, ale znała go dobrze i wiedziała, że nie wypowie na głos tego, co myśli o jej przyjeździe do Polski. Monika tkwiła w jednym miejscu w bezruchu. Niezręczną ciszę przerwała cicho wypowiedziana propozycja mamy.
- Usiądź. Właśnie mieliśmy jeść obiad. 
- Przyszłam w nieodpowiednim momencie, przepraszam. Nie wiedziałam, która godzina. 
- Nie no, co ty. Zjesz z nami. - odpowiedział ojciec, co bardzo ją zdziwiło. Nieśmiało odsunęła krzesło i przysłuchiwała się rozmowie domowników, w której chciała wziąć udział, lecz było jej po prostu głupio zabrać głos. Czuła się niewidzialna. Może nawet niechciana i odrzucona. W głębi duszy marzyła o innym obrocie sprawy, chociaż nie miała pretensji do swojej rodziny. Przecież zasłużyła na to, żeby traktowali ją inaczej. Była nawet przygotowana na krzyki i obelgi w jej kierunku. Byłoby to zapewne mniej bolesne, niż ta obojętność. Przecież w każdym przypadku to właśnie obojętność boli najbardziej. Człowiek zastanawia się wtedy nad tym, co myśli osoba obok i choć nie wiadomo czego by się próbowało, nie jest się w stanie czytać w myślach. A już tym bardziej nie w myślach osób, które tak jak rodzina Moniki, nawet nie patrzyły w jej oczy. Ona sama zaczęła żałować, tego, że w ogóle odważyła się przyjść. Sama sprawiła sobie jeszcze większy ból. W myślach nazywała siebie masochistką. Z letargu wybudziła się matka.
- Na długo przyjechałaś? 
- Właściwie to jeszcze nie wiem. Możliwe, że wrócę do starej agencji. 
- To dobrze. 

I przezwyciężać ten ciężar w głowie
niż nękać osobę, której dałeś odejść.




Monika miała do siebie pretensje o to, że sama nie potrafi nawiązać jakiejkolwiek rozmowy. Popatrzyła na dwa puste krzesła i mimo woli zapytała:
- A Młoda gdzie? - tak właśnie nazywała młodszą o trzy lata siostrę.
- Właśnie przyszła. - odpowiedział zmieszany ojciec. Dlaczego taki był zrozumiała dopiero wtedy, kiedy trzymająca się za dłonie para Młoda - Andrzej Wrona przekroczyli progi salonu. Poczuła się jeszcze gorzej niż wcześniej. Jej ciało zaczęło dygotać ze zdenerwowania, co zauważył tylko Wrona. Momentalnie puścił rękę jej młodszej siostry i wpatrywał się w nią jak w obrazek. Młoda z resztą tak samo. Monika wyczytała z jej spojrzenia coś na kształt przeprosin, choć nie do końca spowodowanych czymś, za co sama była odpowiedzialna. Jej oczy mówiły mniej więcej: Przepraszam, że zajęłam twoje miejsce, ale sama tego chciałaś.  Pomimo to, próbowała choć trochę załagodzić sytuację. Niestety na próżno. Usiadła z Andrzejem na przeciw Moniki i zapytała o jej najbardziej nieodpowiednią jak na ten moment sferę życia.
- Bartek we Włoszech? Co u niego?
- Nie wiem. - tylko tyle udało się Młodej z niej wyciągnąć. Mimo to próbowała dalej.
- Jak to nie wiesz?
- Nie mam z Bartoszem dzieci, ślubu i wspólnego majątku. Nie zapisali mi go też w dowodzie. Ba! My nawet nie jesteśmy razem. 
Na tym zakończono rozmowę. Rozmowę, po której Monika podjęła decyzję o wyjściu z domu. Pożegnała wszystkich krótkim: Miło was było zobaczyć i wyszła z bloku. Szła prosto nie odwracając się. Chciała jak najszybciej znaleźć się jak najdalej od miejsca, w którym potraktowano ją najpierw jak intruza, a później upokorzono.



Pozwól sobie zapić, zabić i zapomnieć.


Przemoknięta do niewidocznych części garderoby złapała taksówkę, która zawiozła ją do jednego z najmodniejszych warszawskich klubów. Już przy wejściu spotkała kilku znajomych, którzy poczęstowali ją papierosami, bo nie mogła znaleźć swoich i załamana obrotem spraw, jakie zastała w Polsce, poprosiła barmana o trzy kolejki. Po wypiciu ostatniego kieliszka przypomniała sobie, że ma w kieszeni coś, co może jej choć na chwilę pozbyć się problemów. Przeprosiła siedzącą obok koleżankę i zamknęła się w jednej z kabin. Przykucnęła przy zamkniętej desce klozetowej wysypując na nią biały proszek. Zaczęła płakać, a łzy zmoczyły jej i tak nie do końca wyschniętą bluzę.
- Co ja sobie myślałam? - szepnęła sama do siebie. Jeszcze bardziej znienawidziła swoją osobę za naiwność. Myślała, że choć trochę odbije się od psychicznego dna, którego niewątpliwie miała już dosyć i od którego samodzielnie nie potrafiła się odbić. Przymknęła oczy i jeszcze raz przeanalizowała wszystko to, co miało miejsce przedtem. Dokładnie identyfikowała postać Andrzeja. Jego ubiór, uśmiech goszczący na twarzy, dopóki jej nie zobaczył, zarost, którego drapanie czuła nawet teraz na swoim ciele, bluzkę, którą dostał od niej na urodziny i nawet zegarek, który sprezentowała mu na rocznicę ich związku. Przez to wszystko poczuła się jeszcze gorzej, tym samym pozbywając się jakichkolwiek oporów przed zażyciem narkotyku. Wzdychając głośno wciągnęła część zawartości woreczka. W jej oczach kolejny raz pojawiły się łzy, ale nie zważając na nie przeglądnęła się w lusterku, podciągając nosem i poprawiając włosy. Po jakiś dwudziestu minutach siedzenia i rozmawiania ze znajomą, Monika nabrała ochoty na zabawę. Ośmieliła się wyjść na parkiet i zatańczyć. Nikt nie był zdziwiony. W końcu po to chodzi się do klubów. Nikt nie zapytał jej o to, ile wypiła. W końcu co druga osoba obecna na parkiecie wypiła zdecydowanie za dużo niż pozwalają jej możliwości. Różnica była tylko taka, że Bartoszewska nie była pijana. Spodobało jej się, że w jednym momencie poczuła się lekka i pełna energii. W przerwie na odpoczynek zagadywała do nieznajomych osób i przedstawiała się, stwarzając wrażenie osoby, posiadającej niezwykłe poczucie humoru.  Słowa przez nią wypowiadane, nawet jeżeli nie do końca kontrolowane, każdy odbierał jako coś normalnego. Jakaś dziewczyna poklepała ją tylko po ramieniu i nachylając się powiedziała, że dopiero rano poczuje wódkę, którą wypiła. Monika dawno nie bawiła się tak dobrze. Po kilkugodzinnym pobycie w lokalu, chociaż trochę świadoma tego, co robi, drugi raz dziś zadzwoniła po taksówkę i bez najmniejszych problemów wypowiedziała adres hotelu, w jakim obecnie mieszkała. Po drodze żartowała z kierowcą, który co chwilę wybuchał śmiechem i szukała kluczy, choć przez moment wydawało jej się, że zostały w klubie. W stanie niemalże euforii znajdowała się jeszcze przez jakieś pół godziny, czyli podczas kąpieli, a kiedy rzeczywistość zaczęła powracać, zmógł ją sen, oszczędzając tym samym kolejnego tego dnia cierpienia.

środa, 2 lipca 2014

#due



Jeśli chcesz troszcz się o mnie, tylko pozbądź się złudzeń.



- Do zobaczenia, Bartosz.
Pożegnała swojego współlokatora niemalże niewyczuwalnym pocałunkiem w policzek. Życzyła mu jak najlepiej. Chciała, aby znowu był w najlepszej dyspozycji. Nie żywiła wobec niego nienawiści. W końcu go lubiła, a to już jakiś sukces.
- Arrivederci, Monika. Tylko nigdzie nie uciekaj. Co najwyżej do mnie. Do Polski. Będę czekał.
-  Tutto bene. - odpowiedziała ze spokojem w głosie. Przecież nie wspominała nic o ucieczce z Włoch, więc wszelkie domysły Bartosza były zdecydowanie niepotrzebne.
Słysząc trzaśnięcie drzwiami i stukot kół walizki na klatce schodowej w ich włoskiej kamienicy, również postanowiła opuścić lokum. Przebrała się w białą obcisłą sukienkę, a ramiona okryła dżinsową kataną. W małej, choć dość zapchanej torbie odszukała klucze i na dwa zamki zamknęła mieszkanie Bartosza. Nie miała we Włoszech ani jednej bliskiej osoby. Jedynie kilka koleżanek z branży, które mogła poprosić o wypad na zakupy czy wyjście na kawę. Postanowiła udać się do agencji na kolejną sesję, choć do jej rozpoczęcia była jeszcze godzina. Lubiła przychodzić tam wcześniej. Mierzyła różne stroje, jakie być może będzie miała okazje ubrać na kolejną okładkę tygodnika o modzie.




Ona jest zagubiona w środku, zagubiona w środku.

Kiedy przyszła, w garderobie, którą dzieliła z dwiema innymi osobami nie było nikogo. Rozejrzała się dookoła, a jej uwagę przykuły znajome rzeczy. Mimowolnie otworzyła toaletę. Jej oczom ukazała się koleżanka z Polski, klęcząca przed zamkniętą muszlą klozetową. Zewnętrzną część lewej dłoni przykładała do nosa i zaciągała się. Monika doskonale wiedziała, co robi jej znajoma. Odchrząknęła głośno powodując, że dziewczyna speszyła się momentalnie.
- Proszę, nie mów nikomu.
- Jasne. Od kiedy ty…
- Od kiedy wciągam? Od kiedy jest mi źle. Od kiedy zostawiłam wszystko co miałam i wszystkiego się wyrzekłam. Teraz jestem sama. Sama, kurwa. Rozumiesz? Nie mam nikogo. Nawet rodzina nie chce mnie znać. Bo byłam suką. Ojciec miał wypadek. Walczyli o jego życie. A ja po prostu pojechałam do Włoch. Dwa dni później. Zostawiłam matkę samą i spakowałam walizki. Nie zadzwoniłam do domu przez miesiąc. Dopiero po tym czasie odezwałam się i usłyszałam w słuchawce głos taty. Na moje przywitanie po prostu się rozłączył. Widzisz? Nawet wtedy nie potrafiłam być choć odrobinę ludzka. Jestem egoistką. Nienawidzę siebie! Rzygam swoim widokiem w lustrze! Mój narzeczony, kiedy zobaczył, że prawie wcale się nim nie interesuje, zerwał zaręczyny i znalazł sobie podobno kogoś nowego. Jestem skończona.
- I co ci to daje, że trujesz się tym gównem?
- Gdyby nie kokaina, już pewnie dawno bym zwariowała. Jedna kreska sprawia, że chociaż na jakiś czas świat staje się bardziej kolorowy, a problemów nie ma. To jest ucieczka od rzeczywistości. A przede wszystkim separacja od ludzi, którzy widząc mój dobry humor, nie pytają o problemy i o to, dlaczego jestem smutna. Uwalniam się w ten sposób od tłumaczenia wszystkim, że nie jestem dobrym człowiekiem. Dzięki kokainie mam ochotę na imprezę, na seks, na poznawanie nowych osób.
- Jesteś dobrym człowiekiem, tylko się poddałaś. W sumie, to ja też się poddałam.
- Tak, wiem. Olałaś tego swojego Wronę, bo ciągle było ci mało. Pamiętam. Ale nie narzekaj. Dostałaś Kurka, a z niego niezła sztuka.
- Skąd masz towar?
- Monika! Tutaj wszyscy coś mają. Myślisz, że ten cały fotograf, z którym ostatnio współpracujemy jest czysty? Kogo byś nie zapytała, każdy jest w stanie załatwić ci nawet gram.
- Chyba podziękuję.
- Nie namawiam, ale mogę ci teraz trochę użyczyć. Po jednej nic ci nie będzie. Więcej do tego nie wrócisz i tyle.
- Nie jestem pewna.
- No dalej! Jedna na rozluźnienie. Nikogo nie ma.
- Ale ja nawet nie wiem, jak to się wciąga.
- To akurat najmniejszy problem.
- Zrobimy tak. Odkupię od ciebie jedną z tych torebeczek i wezmę ją do domu. Tam zdecyduję co mam z nią zrobić.
- A teraz?
- Teraz jest sesja. Wstawaj.
Złapała znajomą za rękę i wyszły z toalety. Opowieść, którą przed chwilą usłyszała, była niemalże taka sama jak jej, choć nie wypowiedziała tego na głos. W końcu Monika również zostawiła rodzinę bez słowa, wymieniając ją wcześniej na modeling. Zostawiła też Andrzeja, o którym nic teraz nie wiedziała. A chciała. Od pół roku nie zamieniła z nim ani słowa. Z rodziną tez nie. Przeklinała pod nosem na życie, o które tak zabiegała. W końcu tak bardzo ją rozczarowało. Zdawała sobie sprawę z tego, że skoro wybrała Włochy kosztem wszystkiego co było jej bliskie, musi nauczyć się cieszyć tym, co tu ją otacza. Choć ponownie było jej mało. Po sesji wybiegła z budynku i wpadając z impetem do domu rzuciła torebkę i katanę w kat. Chodziła po salonie w kółko i niemalże wyrywała ze swojej głowy włosy. Robiła to od dłuższego czasu. Bo już od jakiś czterech miesięcy nie radzi sobie sama ze sobą. Czuła jak popada w paranoję, a jej egzystencja to przechodzenie od skrajności w skrajność. Przechodzenie od sypiania z Bartoszem do braku chęci na popatrzenie w jego błękitne tęczówki, za które miliony kobiet dałoby się pokroić. Przechodzenie od pracy w wymarzonej agencji, do chodzenia tam jakby z przymusu i z niechęcią. Monika niszczyła sama siebie. Nie umiała wyjść z dołka, który sama sobie wykopała i w który wpadła nie pchnięta przez nikogo.
Ciekawa co u Bartosza, wykonała do niego telefon. Dziwiło ją to zainteresowanie nim, ale nie zastanawiając się nad niczym już na wstępie zapytała, co słychać u chłopaków z reprezentacji, których poznała dzięki Andrzejowi i którzy tak jak Kurek dostali powołanie.
- A u ciebie jak tam? Tęsknisz za mną?
- A no. - odpowiedziała chłodno.
- Bez przekonania.
- Nie chodzi o przekonanie. Tęsknota to raczej temat smutny, więc mówię to bez entuzjazmu.
Monika zawsze umiała się wykręcić. Jej spokojny ton głosu mylił Bartosza. Jej intencje dziwnym sposobem stawały się dla odbiorcy jasne, choć z rezultacie interpretował je inaczej, niż trzeba było.
- Kiedy do mnie dojedziesz?
- Postaram się jak najszybciej. 
- Mało konkretnie.
Denerwowały ją docinki Kurka. Kiedy robił do Andrzej, uznawała to za droczenie się i sama postępowała względem niego tak samo. W tym przypadku, irytowało ją każde jego słowo. Siedząc przy oknie z telefonem przy uchu i patrząc ciągle w jeden punkt, coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że jest jej go po prostu szkoda. Szkoda, bo tylko ona jedyna wiedziała, jak bardzo Bartosz jest naiwny, a przynajmniej zdaje się taki być, bo nigdy nie wiadomo, czy nie gra. Była pewna, że i tak nikt, kogo znała nie jest lepszym aktorem. Nikt nie potrafi lepiej udawać. W tym całym zakłamaniu sama już nie wiedziała, czy nawet w najprostszych czynnościach bądź słowach skierowanych do osób, które ją otaczały, podświadomie nie kłamie. Przerażało ją to coraz bardziej. Z każdą godziną, z każdą minutą, z każdą sekundą było to coraz bardziej dotkliwe. W końcu, postanowiła zabukować bilet do Polski na przyszłą sobotę, zaraz po sesji.


Bo kiedy nie ma miłości, co dalej? 


Wylądowała na warszawskim Okęciu po osiemnastej. Nie czekał na nią nikt. Nawet przebywający w stolicy Bartosz. Ciągnęła za sobą ogromną walizkę i komunikacją miejską udała się na dworzec Warszawa Centralna. Każdy prosto z lotnika pojechałby zapewne do domu. Ale nie ona. Monika bała się spotkania z rodziną, którą w zasadzie porzuciła. O tym, że będzie spać w hotelu bądź u znajomych wiedziała od początku. Była jednak przekonana, że Bartosz zainteresuje się jej obecnością na tyle, że chociaż zadzwoni i powie, że najzwyczajniej w świecie nie może po nią wyjechać. Przeliczyła się, bo Kurek nie odbierał telefonu, nie odpowiadał na wiadomości i nagrania na poczcie głosowej. Zdała sobie sprawę z tego, że właściwie to nie miała po co, a tym bardziej do kogo wracać. Warszawa stała się dla niej obca. W poczuciu samotności, które po powrocie do rodzinnego miasta miało choć trochę ulec zmniejszeniu, usiadła na długiej ławce, na którą siadali ludzie czekający na swój pociąg. Monika razem ze swoimi bagażami spędziła na stacji całą noc. W pewnym momencie nawet przysnęła i obudził ją jakiś strażnik, który z troską patrzył na jej wymęczoną twarz. Po ósmej, kiedy przez stację przewijała się masa ludzi, taksówką pojechała do hotelu, w którym ponoć przebywał Bartosz. Miała szczęście, że w recepcji pracowała jej znajoma ze szkoły i bez problemu udzieliła jej informacji, w jakim pokoju go znajdzie. Zostawiła bagaże i na dole i wsiadła do windy. Miała ochotę nakrzyczeć na Bartosza za jego zapominalstwo, które w tym przypadku nie mogło być usprawiedliwione, bo przecież kto przy zdrowych zmysłach zapomina o tym, że jego dziewczyna wraca z Włoch do Polski? Z impetem otworzyła drzwi, bo nie chciała tracić tych kilku sekund na pukanie i pytanie czy może wejść.
- Monika?! Co ty tu robisz?!
- Stoję. - odpowiedziała spokojnie do zdenerwowanego Bartosza, spod którego kołdry wychyliła głowę nieznana jej blondynka. Zabolało ją to, co zobaczyła, ale tylko dlatego, że współczuła Bartoszowi. Współczuła mu tego, że tak bardzo brakowało mu uczucia od swojej kobiety, że szukał go w ramionach innej. Nie była zła. Nie zbierało jej się na płacz. Chciała jednak choć w połowie zostać oczyszczona z zarzutów o rozpad ich związku. Poprosiła dziewczynę o wyjście z pomieszczenia, podając jej przed tym leżące na podłodze ciuchy i usiadła obok dość zdezorientowanego Kurka.
- Powiem tak. - zaczęła.- Próbowałam cię pokochać, poważnie. Nie wyszło. I za to cię przepraszam. Ale tylko za to. Bo zdrada nawet w tym przypadku nie może być usprawiedliwiona. 
- Najgorsze w tym wszystkim to, że ja cię chyba kocham. 
- Nie można użyć słowa kocham razem ze słowem chyba. Ja się określiłam. Nie kocham cię, Bartosz. Lepiej będzie, gdy rozstaniemy się jak cywilizowani ludzie. To nie miało prawa bytu od samego początku. Nawet jeżeli byłbyś pewny swoich uczuć co do mnie, to i tak marnowalibyśmy tylko czas, bo jedna osoba, choćby nie wiadomo jak bardzo się starała, związku nie utrzyma. 
-  W takim razie dlaczego nie rozstaliśmy się szybciej?
- Bo chciałam spróbować zakochać się w kimś innym niż mój były facet. Nie wyszło, bo mnie zdradziłeś. Nie mam pewności, czy jak w końcu zacznę darzyć cię uczuciem, sytuacja nie będzie się powtarzać. Zdradziłeś raz, zdradzisz i drugi. Zostawiłam tylko kilka moich rzeczy, jakimś sposobem mi je wyślesz. Trzymaj się. 
- Ty też, Monika. 
Wyszła z pokoju i czuła się nieco lżej. Jeden problem miała z głowy. Wreszcie była wolna, uwolniona od toksycznego związku, który jej tylko szkodził. Doszła do wniosku, że chyba i tak nigdy nie pokochałaby Bartosza, tak jak Andrzeja, o ile w ogóle. Teraz zostało jej tylko do pokonania poczucie pustki i uwolnienie się od wyrzutów sumienia za zranienie najbliższych jej ludzi. Chciała też znaleźć swoje miejsce. Swoje nowe miejsce, bo wiedziała, że na stare śmieci nie ma już po co wracać, chyba, że tylko do starej agencji, do której na pewno przyjmą ją z otwartymi ramionami. Miała ochotę na odpoczynek. Wynajęła pokój w hotelu obok na kilka następnych dni i siedząc na dużym, starannie pościelonym łóżku, postanowiła wyciągnąć z kieszeni telefon, klucze i drobne, które wydał jej automat z biletami. Zapomniała o jednym. Przy sobie miała również mały woreczek kokainy.