piątek, 29 sierpnia 2014

#sette

Głownie łatwo zapomnieć o błędach 
Natomiast o ludziach dużo trudniej 


Przygotowania do ślubu jej siostry przysłaniały rodzinie i znajomym cały świat.  Młoda zawsze robiła wokół siebie dużo szumu. Tak też było tym razem. Zaangażowała niemalże wszystkich znajomych, a zamiast kwiatów zażyczyła sobie wytrawne trunki. Ściągnęła do domu jedną z najbardziej cenionych warszawskich kosmetyczek i zapisała się do najdroższego fryzjera. Monika patrzyła na rozrzutność siostry, która za wszystko płaciła fortunę, bo przecież lepiej było zaangażować w przygotowania najdroższych dekoratorów i florecistów, a suknię ślubną wysadzaną kryształkami wypożyczyć z najmodniejszego salonu. Najgorsze, że na luksusy mogła pozwolić sobie tylko dzięki rodzicom, którzy nie pytając na co i po co, dawali pieniądze. I na to Monika nie mogła patrzeć, bo nie wyobrażała sobie, jak można tak wykorzystywać rodziców, dla których i tak była skarbonką bez dna, bo Młoda ciągle coś chciała, a nie potrafiła sobie na to zasłużyć, tym bardziej zapracować. W tym właśnie różniły się obydwie siostry - starsza ceniła sobie ciężką pracę i samowystarczalność, a młodsza wolała mieć wszystko podane na tacy. Mimo wszystko Monika nie wypowiadała swoich obserwacji na głos. Trzymała się z boku, zamknięta w swojej dwupokojowej kawalerce i aby nie wyglądać gorzej niż pozostali goście, a raczej goście płci żeńskiej, mierzyła świeżo kupioną sukienkę i buty. Nie chciała iść na to wesele, ale przynajmniej to chciała zrobić dla Andrzeja, któremu przecież obiecała, że się zjawi. Potraktowała to jako pewnego rodzaju odwdziękę za to, co mu zrobiła. Skoro był zadowolony i wiedział, że ona jest w sytuacji odwrotnej, chciał pochwalić się swoim szczęściem aby sprawić ból. I rzeczywiście miał do tego prawo. Zemsta zawsze ma za zadanie być słodką dla tego, kto się mści. Od ostatniej wizyty, podczas rzekomego wieczoru kawalerskiego nie widzieli się ani razu. Nie rozmawiali ze sobą przez telefon ani nie wysłali do siebie ani jednej wiadomości. Monika chciała dać Andrzejowi przede wszystkim spokój, bo potrzebował go teraz najwięcej. Nie chciała, aby przed ślubem niepotrzebnie się denerwował bądź wracał do przeszłości, która zepsuje mu humor. Tym samym oszczędziła też siostrę, na której zapewne by się wyżywał. Ta sobota miała być przecież dniem tej dwójki i za nic w świecie nie zamierzała niczego zepsuć. Zdezorientowana swoimi przemyśleniami nakryła się kocem i z gorącą herbatą w dłoniach starała się odbiec myślami od felernego weekendu.



Zrobić świństwo, które utkwi w pamięci
znacznie łatwiej, niż później po ludzku to odkręcić



Młoda dopilnowała, aby jej najbliższe koleżanki siedziały w pierwszym rzędzie a ich różowe sukienki komponowały się z krawatami przyjaciół pana młodego i bukietem jej kwiatów. Wystrój Kościoła wyglądał jak ewidentna inspiracja bajkami Disneya, a przynajmniej na taki wyglądał, bo od samego rana Monika dostała już pięć wiadomości ze zdjęciem miejsca, w którym jej siostra  zmieni stan cywilny. Wzburzenie natychmiast łagodziła trzema głębokimi wdechami i powtarzaniem sobie w myślach formułki: ''Tylko spokój może cię uratować''. Leniwie jadła śniadanie, a pakowanie prezentu zajęło jej co najmniej godzinę. Niestety czas nieubłaganie leciał i musiała zacząć się malować, kręcić włosy i ubrać sukienkę. Zdawała sobie sprawę z tego, jak wygląda. W końcu ciągle jest modelką i czego na siebie nie włoży i tak będzie wyglądać dobrze. Mimo świadomości swojej urody i jej mocnych stron nie chciała wzbudzać sensacji, chociaż przygotowała się na to, że tego nie uniknie, skoro zajmie miejsce w jednym z pierwszych rzędów, zaraz obok rodziców i młodszego brata. Zamyślona i przybita jednocześnie malowała długie rzęsy.  Miała wrażenie, że gdyby nie tabletki uspokajające, które dostała od lekarza prowadzącego jej terapię w razie, gdyby jej stan psychiczny pogarszał się, płakałaby wniebogłosy. Bo przecież za niemalże chwilę straci swoją miłość. Na szczęście jakoś się trzymała i kończąc przygotowania zadzwoniła po taksówkę. Kiedy już ujrzała swoją młodszą siostrę w białej sukni, miała mieszane uczucia, bo ciężko było jej przyznać samej sobie, że wygląda przepięknie. Delikatny makijaż i lekko skręcone, długie blond włosy dodawały jej uroku. Goście uśmiechali się od ucha do ucha. Tylko ona ledwo co unosiła kąciki swoich ust. Było to i tak wyczynem, bo w końcu za parę minut zostanie najbardziej nieszczęśliwą kobietą ze wszystkich, które zna. Aby nie skupiać się na tym, co dzieje się na ołtarzu, z uwagą inną niż wszyscy słuchała pieśni wykonywanych przed wynajęty profesjonalny chór. Kiedy Andrzej miał zacząć mówić przysięgę, mimowolnie skierowała wzrok. Nie chciała pamiętać chwili jej osobistej tragedii tak dokładnie, ale wyobrażała sobie, że zamiast siostry, stoi tam ona i tylko dzięki temu wreszcie patrzyła tam, gdzie wszyscy obecni.
- Ja, Andrzej, biorę ciebie...
W tym momencie oderwał wzrok od Alicji i wbił go w tęczówki Moniki. Patrzyli na siebie kilka sekund, po czym wziął oddech i  puścił rękę Młodej.
- Nie Ala. To nie ma sensu. 
Nastała cisza. Rodzice oniemieli, ksiądz udzielający sakramentu również. W nie mniejszym szoku była też i ona. Patrzyła na wyraz twarzy Andrzeja, który zdawał się mówić coś w stylu: ''Co za ulga.'' Jego słowa i tak najbardziej dotknęły Alicję.
- Zaraz, zaraz. Co proszę?
- Ślubu nie będzie. Nie będzie wesela, nie będzie niczego. Nie będzie nas, Alicja. Przepraszam.
- Przepraszam?! Tylko tyle?!
- Nie kocham cię.
- Tylko tę ćpunkę, tak? Kochasz ją? Ćpunkę, która leżała na ulicy, to ją kochasz prawda?
- odwróciła się w stronę zdezorientowanej Moniki, bo przecież nie wiedziała o tym, że ktoś inny oprócz Andrzeja, ojca i jeszcze jednego mężczyzny wie o tym, co wydarzyło się niedawno.
- Alka, daj jej spokój. Nie jestem gotowy po prostu na małżeństwo.
 - Ty szmato! - Młoda nie dawała za wygraną i bijąc Monikę bukietem róż po twarzy i ramionach krzyczała na cały Kościół. - Gdybyś się nie pojawiła wszystko byłoby lepsze! Przyjechałaś nam wszystkim kolejny raz zrujnować życie, bo sama jesteś w rozsypce. Zwykła ćpunka. Wielka modelka z przyćpanymi oczami! Bogaczka od siedmiu boleści! Idź tam do tego swojego, który ci sprzedawał towar! No idź! Na co jeszcze czekasz?! 

Monika zacisnęła pięści i z przymkniętymi oczami odbierała kolejne uderzenia kolczastym bukietem. W pewnym momencie nie wytrzymała. Miała dość niesłusznych oskarżeń, bo przecież nie prowokowała Andrzeja do niczego, a tym bardziej do rzucenia Alicji przed ołtarzem. Najbardziej jednak zabolało ją słowo ''Ćpunka''. I właśnie za ten jeden wyraz wyprostowała palce i z rozmachem uderzyła siostrę w twarz, zostawiając na policzku czerwony ślad. Wybuchając płaczem wybiegła z Kościoła i ile sił w nogach biegła przez miasto do swojej kawalerki, w której zamknęła się na cztery spusty wyłączając telefon.



*

krótko, zwięźle i na temat. znowu opóźnienie, wybaczcie mi  

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

#sei


Może dziś bym był gdzie indziej,
gdybym wtedy, wiesz, pomyślał.


Młoda zaprosiła ją na wieczór panieński. Siedziała między dobrze znanymi jej koleżankami młodszej siostry, z kilkoma nawet ona sama swojego czasu utrzymywała dość dobre kontakty. Wszystko byłoby w jak najlepszym porządku, bo spotkanie towarzyskie dla poprawy jej depresyjnego nastroju jest jak najbardziej wskazane, gdyby nie fakt, że w gronie kobiet znajdowała się jedna, przez którą ciężko było jej się skupić na czymś innym. I nie była to wcale jakaś tam Kaśka, Marzena czy inna Barbara, ale Alicja. Jej rodzona siostra, która była organizatorka całego przedsięwzięcia. Obiecała sobie, że po dwudziestej drugiej opuści imprezę, przepraszając gości i Młodą. Do tego momentu zostało jednak dwie godziny i chcąc nie chcąc musiała patrzeć na uśmiechniętą od ucha do ucha przyszłą panią Wrona. Chwilami wyłączała się i zastanawiała, za jakie grzechy musi znosić ten widok, skoro za zło, jakie wyrządziła swojej rodzinie srogo odpowiedziała. Mimo to trzymała się dobrze, z kilkoma dziewczynami porozmawiała nawet o swojej włoskiej przygodzie w świecie mody. Zbliżała się godzina wyjścia Moniki z domu, który choć narazie stał pusty, miał być wspólnym gniazdkiem przyszłych nowożeńców. Właśnie wtedy, pijana już Alicja zaczęła dzielić się z gośćmi może nie bardzo pikantnymi, ale bardzo szczegółowymi historiami dotyczącymi jej związku. Mówiła między innymi o pierwszym prezencie, jaki dostała od Andrzeja, o pierwszej imprezie na którą z nim poszła i o tym, jak zareagował na jej widok, kiedy ubrała swoją najdroższą czerwoną sukienkę. Monika, będąc już na klatce schodowej odetchnęła z ulgą, mówiąc przy tym: 'Dobrze, że wyszłam'. Wyszła na pole, gdzie poczuła uderzenie wiatru i w gorszym humorze niż parę godzin wcześniej skierowała do otwartej dwadzieścia cztery godziny na dobę restauracji. Ponieważ na wieczorze panieńskim nic nie zjadła, zamówiła sobie zestaw obiadowy i herbatę z cytryną. Tysięczny raz dołowała się swoją głupotą, bezmyślnością i oziębłością. Tysięczny raz przeklinała na samą siebie. Postanowiła, że aż do ślubu nie będzie nikomu w niczym przeszkadzać. Obiecała sobie nawet to, że kiedy Alicja poprosi ją o coś to na pewno jej nie odmówi.




Jesteśmy tu i mierzymy się z tym.
Czuję twój oddech.
Jesteś oddalona o szept.

W dzień wieczoru kawalerskiego Wrony, razem z jego przyszłą małżonką wybrała się
do kwiaciarni, jednak mogła uczynić to dopiero po wizycie u psychologa. Pod budynkiem, gdzie mieściła się przychodnia, czekała na nią Alicja.
- Więc to dlatego ojciec ukrywał fakt, że masz jakiś problem. Wstydziłaś się tego, że korzystasz z pomocy psychologa? Niepotrzebnie. - odrzekła głosem pełnym współczucia Alicja.
- Uwierz mi, że gdyby tylko o psychologa chodziło, mogłabym wygłosić to całemu światu.
- Więc o co chodzi?
- Alka, to nie jest dobry moment na te opowieści.
- To w takim razie kiedy będzie dobry?
Monika wiedziała, że tak naprawdę nigdy nie będzie dobrej okazji na jakiekolwiek historie. Milcząc dłuższą chwilę spojrzała na siostrę i cicho zapytała:
- Macie o mnie już tak wyrobioną opinie, że to, co teraz powiem i tak niczego nie zmieni.
- Monika, powiedz coś wreszcie! Na litość Boską! Jesteśmy rodziną!
- Alka, ja ćpałam. Znaleźli mnie na ulicy nieprzytomną. Byłam w szpitalu. Niedawno wyszłam. Chodzę na terapię i do psychologa.
Ku jej zdziwieniu siostra przytuliła ją do siebie głaszcząc po głowie.
- Dobrze, że chcesz z tego wyjść. Teraz już będzie z górki. Zobaczysz.
Cieszyła się, że Alicja nie wnikała, co było powodem sięgnięcia po narkotyki, bo gdyby przyznała się, że miały być lekarstwem na ból po utracie Andrzeja, coś by zniszczyła, a tym czymś mógł by być nawet związek. Jeszcze raz spojrzała na siostrę i razem z nią udała się do kwiaciarni aby wybrać bukiet na uroczystość, która odbędzie się za siedem dni. Tempo działania Młodej było zaskakujące. Znała ją jednak na tyle, że zamawianie kwiatków wcześniej niż trzeba nie zrobiło na niej żadnego wrażenia. Po szale w kwiaciarni Monika wróciła do swojej kawalerki, którą odstąpił jej będący za granicą wujek. Wzięła się za sprzątanie i gotowanie. Później, siedząc przed telewizorem rozmyślała nad prezentem dla panny i pana młodego. Późnym wieczorem wykorzystała to, że pierwszy raz od kilku dni nie padał deszcz i udała się na spacer. Przemierzała Warszawę i oglądała przy tym wystawy sklepowe. Co najważniejsze, nie była pod wpływem narkotyków tak jak kilka tygodni wcześniej, podczas wieczornej przechadzki. Mimowolnie zatrzymała się przy witrynie sklepu jubilerskiego i uśmiechnęła się sama do siebie. Zdała sobie sprawę z tego, że skoro podniosła się z samego dna i dała sobie pomóc, kiedyś, choć nieprędko, poczuje się w stu procentach szczęśliwa. Zapatrzona w swój uśmiech zderzyła się z mężczyzną, który przy spojrzeniu w górę okazał się być Karolem Kłosem. Choć był na nią wściekły za to, jak potraktowała jego najlepszego kolegę, nie uciekł od niej ani nie zaczął jej wyzywać. Wysilił się nawet na uniesienie kącików ust w górę.
- Gdzie pędzisz? - zapytał.
- Wyszłam się trochę przewietrzyć, a ty?
- Wracam do domu. Byłem coś zjeść na mieście.
- No tak. Zapomniałam. Przecież mieszkamy niedaleko siebie.
- O proszę.
- Karol, ty nie powinieneś być teraz z Andrzejem?
- Owszem, ale odwołał całą imprezę. Powiedział, że przełożymy to na inny dzień. 
- A mógłbyś mnie do niego podrzucić? Muszę wziąć coś dla Alki.
- Jasne.
Po kilkunastu minutach była już pod blokiem, gdzie mieszkał Wrona. Tak naprawdę nie przyjechała po nic dla siostry. Właściwie to wahała się, czy wchodzić do środka czy nie, ale kobieca intuicja podpowiadała jej, że powinna choć spróbować porozmawiać z Andrzejem, bo jego zachowanie nie jest normalne. Drzwi od jego mieszkania były otwarte. Weszła więc, zamykając drzwi i starając się nie przewrócić na pozwijanym dywanie. Wszystkie światła były zgaszone. Czuć było zapach alkoholu. Szła nie zwiększając tempa. W pewnym momencie poczuła, że kopnęła coś szklanego. W świetle latarni zewnętrznych mienił się walający pod meblami kieliszek.
- Andrzej... - szepnęła, zawieszając głos.
- Czego chcesz?!
Spłoszona krzyknięciem skierowała się ku wyjściu.
- Czekaj. Nie wychodź. Nie wychodź, słyszysz?
Złapał ją za rękę i przyciągnął o siebie. Oparła głowę o jego klatkę piersiową, jednak nie odwróciła się w jego stronę. Przymknęła powieki i ścisnęła jego dłoń. Stali tak dłuższą chwilę, kiedy Wrona w końcu wydusił z siebie kilka słów.
- Przed tym ślubem muszę pobyć sam. Nie z chłopakami i nie z Alicją.
- Wszystko w porządku?
- Nic nie jest w porządku, Monika. Muszę przemyśleć parę spraw. W końcu za niecałe siedem dni nie będę już kawalerem.
- No tak. - odparła, a do jej oczu napłynęły łzy. - Pójdę już.
- Nie.
- Ale chciałeś zostać sam.
- Zostań, proszę.
Posłusznie usiadła na sofie. To samo zrobił Andrzej. Kolejny raz milczeli. Dla niego było to po prostu wygodniejsze. Chciał w spokoju  wszystko przeanalizować. Dla Moniki cisza była jednak paraliżująca, ale gdzieś tam w głębi dziękowała Bogu, że właśnie spędza ostatnie godziny, a być może i minuty z mężczyzną życia, bo za jakiś czas będzie to już niemalże niemożliwe. Uroniła kilka łez, a kiedy wycierała policzki spojrzała na swoje uda, na których głowę położył Wrona. Jego oddech był coraz bardziej spokojniejszy. Domyśliła się, że zasnął. Nakryła go leżącym obok kocem, choć miała nieco utrudnione zadanie, bo nie mogła wstać. Patrzyła na śpiącego Andrzeja i mimowolnie zaczęła głaskać jego twarz. W takiej pozycji tkwiła parę godzin. Nad ranem, w jakiś sposób wyswobodziła się i nie budząc Wrony wyszła z mieszkania.




*


zaczyna się coś dziać.
planuję zakończyć to za niecały miesiąc. przed nami jeszcze jakieś 4, 5 rozdziałów.








wtorek, 12 sierpnia 2014

#cinque

Dziś znowu zrobiłam sobie krzywdę.
A najgorsze jest to, że nikt inny nie jest temu winien.



Gapiła się w zaproszenie co najmniej tak, jakby ślub był wydarzeniem, które dzieje się raz na sto lat. Nie wierzyła, że Andrzej znalazł w sobie na tyle odwagi, aby po jeszcze niedawno złamanym przez nią sercu, czego żałowała bardziej niż jakiejkolwiek innej rzeczy, przygotowywać się do zawarcia związku małżeńskiego, w dodatku z jej młodszą siostrą. Z kieszeni wyjęła ostatni woreczek z kokainą i jeszcze po drodze, rozglądając się na boki, wciągnęła całą jego zawartość. Początkowo było dobrze, bo dopiero po kilkunastu minutach czuć ten narkotykowy odlot. Tak również było w tym przypadku. Nadzwyczajnie pobudzona prawie biegnąc przemierzała miasto. Nie zwracając uwagi na nikogo kierowała się przed siebie. W pewnym momencie oparła się o jedną z kamienic na słynnym Krakowskim Przedmieściu, a jej oddech uległ niepokojącemu przyśpieszeniu. Wydawać by się mogło, że to normalne, bo w końcu przemierzyła szybkim tempem dobre cztery kilometry. Monika czuła, jak jej drobne ciało oblał pot a serce kołacze tak, jakby miało przebić się przez jej skórę. Bezsilnie opadła na mokry chodnik i łapała oddech, którego zaczęło jej brakować. Dwóch mężczyzn mniej więcej w jej wieku podbiegło na miejsce zdarzenia. Jeden zajął się wykonaniem telefonu na pogotowie, drugi próbował cucić nieświadomą dziewczynę. Kiedy funkcjonariusze pogotowia ratunkowego dojechali do leżącej Moniki, poprosili ciekawskich przechodniów o odejście i natychmiastowo zabrali ją do szpitala.




Choć mówią o Tobie żeś ze skały...


- Gdzie ja jestem? - powiedziała otwierając oczy i widząc białe ściany z niebieskimi płytkami.
- W szpitalu, jesteś bezpieczna.
- Ale jak to się stało? Nic nie pamiętam.
- Przedawkowałaś. Warto było się truć?
- Film urywa mi się w momencie, gdy upadam na ziemię.
- Może to i lepiej.
- Co mi jest? Ja chce stąd wyjść!
- Obecnie jest to niemożliwe. Z zapaleniem mięśnia sercowego, po ostrej niewydolności oddechowej i utracie świadomości trochę sobie poleżysz.
- Tato, dlaczego nie pozwoliłeś mi umrzeć? Dlaczego?
Ojciec Moniki był ordynatorem oddziału intensywnej terapii. Chcąc nie chcąc trafiła właśnie na niego i przez jakiś czas była skazana na bycie jego pacjentką. Na wręcz błagalne słowa nie odpowiedział nic.W jego spojrzeniu widziała coś w rodzaju bólu. Przez chwilę wydawało jej się, że działają jakieś więzy krwi, bo być może pomimo skrywanego żalu chciałby przejąć choć odrobinę cierpienia, a nawet jeżeli nie, to i tak je czuł. Ostatecznie zawiesił kartę pacjenta na jej łóżku i powolnym krokiem udał się do swojego gabinetu przymykając drzwi. Monika zrozumiała, że upadła już tak nisko, że sama sobie z tym nie poradzi. Tak nisko, że niżej się już nie dało. Była słaba. Ledwo mogła wstać z łóżka. Ba, ciężko było jej nawet na nim usiąść. Wstydziła się prosić o pomoc. Skoro postrzegano ją jako silną i niezależną od nikogo, bała się pokazywania swoich słabości; Miała okazje porozmawiać z ojcem i przeprosić go za wszystko, co zrobiła. Zapewne poczuła by się o wiele lepiej, bo zyskałaby w końcu kogoś, na kim choć w maleńkim stopniu może polegać, a jak powszechnie wiadomo człowiek jest istotą stadną i na dłuższą metę samotność po prostu go wykończy. Monika czuła, że właśnie tak się stało i o tym, że każdy potrzebuje kogoś przy swoim boku, niezależnie od tego, czy darzy go miłością rodzicielska, przyjacielską czy po prostu miłością do drugiej połówki, przekonała się na własnej skórze. Szkoda tylko, że w sposób prawie najbardziej drastyczny. Gdyby nie szybka interwencja niejakich dwóch mężczyzn mogłaby skończyć z życiem raz na zawsze. Szczęście w nieszczęściu, że o śmierć tylko i aż się otarła. Dręczona przemyśleniami wyciągnęła rękę do przycisku powiadamiającego personel o tym, że jest potrzebny na jej sali i nacisnęła go. Po chwili stała obok niej pielęgniarka, pytając, co chciała.
- Z doktorem Bartoszewskim... Mogę?
Ojciec niechętnie wrócił na salę, ale odważył się na to, aby usiąść na łóżku ewidentnie potrzebującej pomocy córki.
- Nie dam rady wyjść z tego sama. Chcę się leczyć. Powiedz mi tylko gdzie mam pójść. Oczywiście jeżeli nie chcesz, nie musisz mi pomagać, ale ja już naprawdę nie mam do kogo zwrócić się z pomocą.
Wypowiedziała te słowa jednym cięgiem. Choć wydawały się zwykłe, były dla niej niezwykle ważne, bo przez gardło przeszły jej z trudem.
- W poniedziałki, środy i piątki prowadzone są tutaj zajęcia dla uzależnionych od narkotyków. Jest dość liczna grupa ludzi w różnym wieku. Trzeba zjechać tylko dwa piętra w dół. Na pierwsze zajęcia, według zaleceń powinnaś udać się dopiero za półtora tygodnia. Masz chore serce.  Mogę poprosić psychologa. Będzie do ciebie przychodził tak często, jak będziesz chciała.
- A ty? Przyjdziesz do mnie czasem pogadać? Chociaż na chwilę?
- Jeżeli ci na tym zależy, to przyjdę.
- Dziękuję. Ach, zapomniałabym... Proszę cię o dyskrecję. Zależy mi na tym, żeby o tym co narobiłam wiedziało jak najmniej osób.
- Nie powiedziałem ani mamie, ani Młodej. Ale i tak oprócz mnie wie ktoś jeszcze. Z resztą ... Co ci będę mówił... Sama mu podziękujesz, jak stąd wyjdziesz.
- Proszę, tylko mi nie mów, że naćpaną znalazł mnie Andrzej.
- Obiecał, że się nie wygada. Uciekam, obowiązki wzywają.
 Ponownie odprowadziła ojca spojrzeniem i nieco spokojniej niż wcześniej położyła głowę na szpitalnej poduszce. Chwilami czuła ukłucia w klatce piersiowej a oddech nadal był ciężki i z każdym powtórzeniem męczył ją jak dziesięciokilometrowy maraton. Po wizycie pielęgniarki, która wymieniła jej kroplówkę, z nieco spokojniejszym oddechem zasnęła.






I choćbyś uciekał  - to ją gonisz

 choć byś się skrywał - szukasz jej



Po wyjściu ze szpitala zobowiązała się dochodzić samodzielnie na zajęcia dla uzależnionych od narkotyków. Jak się okazało, dzieliła swój problem między innymi z właścicielką galerii handlowej, żoną zawodowego żołnierza, kierownikiem hurtowni a także znanym i cenionym prawnikiem. Na ludzkie słabości nie ma przecież lekarstwa. Bezsilność może dopaść każdego, niezależnie od tego czy jest biedny, bogaty, stary, młody, ładny czy mniej urodziwy. Pomimo początkowego wstydu, Monika zaklimatyzowała się w swojej grupie i po kilku zajęciach była w stanie opisywać to, czego doświadczyła bez najmniejszego skrępowania.  Choć pogoda, a padało bezustannie przez tydzień, sprzyjała tylko i wyłącznie złemu samopoczuciu, czuła się coraz lepiej. Więcej się uśmiechała, odważyła się nawet parę razy poprosić ojca o kilkunastominutową rozmowę. Temat Andrzeja omijała jednak szerokim łukiem, bo wielkimi krokami zbliżało się wesele. Właściwie to do wydarzenia, które całkowicie pozbawi ją nadziei na przyszłość z Wroną zostało zaledwie dwa tygodnie. Starała się o tym nie myśleć, ale nie potrafiła. Ciągle rozpamiętywała jedną z wizyt z ojca i jego słowa dotyczące podziękowań dla Andrzeja za uratowanie nie tylko zdrowia, ale i życia. Bała się rozmowy, jaka ewidentnie ją czekała. Bała się tego, że zostanie wyrzucona z  mieszkania i obrzucona wyzwiskami. Przecież mógł nazwać ją ćpunką, a nawet kimś gorszym. Sama wystarczająco się poniżyła i nie chciała, aby ktoś jeszcze dobitniej jej to uświadomił. Miała jednak wobec Wrony dług, który pomimo wszystko musiała spłacić choć w jednej milionowej części słowem ''dziękuję''. Poprosiła tatę o to, aby zatrzymał młodszą siostrę w domu, co jak się okazało nie było konieczne, bo razem z mamą wybrała się na targi ślubne i udała się do mieszkania Andrzeja.  Po drodze złamała parasol, a jej sweter nie posiadał kaptura. Ze złością rzuciła zepsutym przedmiotem w stronę przydrożnego kosza na śmieci i mokra z każdą kolejną sekundą coraz bardziej kontynuowała swoją wędrówkę po warszawskich ulicach. W końcu doszła do celu. Energicznie zapukała do drzwi i stojąc przy nich dobrą minutę traciła nadzieję, że zastanie kogoś w środku. Skierowała się ku schodom, kiedy w progu stanął Andrzej i nieco zdziwiony, z lekkim uśmiechem na ustach otworzył drzwi na oścież machając ręką w geście zaproszenia do środka. Jej kąciki ust również uniosły się w górę. Odgarnęła z twarzy mokre włosy i stanęła w miejscu, aby nie wchodzić dalej i nie zmoczyć paneli podłogowych cieknącą z jej okrycia wodą.
- Usiądź. - wskazał na salonową sofę. - Zrobię ci herbaty.
- Właściwie to przyszłam tylko na chwilę. Nie chcę stwarzać problemu.
- Nie stwarzasz. Malinowa czy zwykła?
- Zwykła.
- Bez cukru?
- Zgadza się. - odrzekła patrząc w bok z niedowierzaniem, że po tym wszystkim pamięta nawet to, jaką pije herbatę.  Po kilku minutach wrócił do pomieszczenia i usiadł obok niej. Czuła się niemalże sparaliżowana, bo każda bliskość z Andrzejem przywracała w niej masę wspomnień. Wzięła głęboki oddech i zaczęła mówić.
- Dziękuję ci. Uratowałeś mi życie, bo inaczej tego nie nazwę. Naprawdę nie wiem, jak się tam znalazłeś, ale właśnie dzięki tobie i osobie, która była tam wtedy z tobą, mogę ci o tym wszystkim powiedzieć. Było ze mną źle. Miałam chore serce. Do tej pory biorę leki, ale po dwóch tygodniach leżenia w szpitalu wreszcie mogłam z niego wyjść.
- Nie no, co ty. Każdy zrobiłby to samo.
- Dobrze wiesz, że przecież mogłeś mnie zostawić.
- Ale tego nie zrobiłem i cieszę się, że jesteś teraz tu, a nie gdzieś tam...
- Na cmentarzu. - przerwała mu.
- Właśnie. Co dalej? Zapisałaś się na terapię?
- Tak. Zaczęłam chodzić na zajęcia jeszcze będąc na oddziale.
-  Gdzie mieszkasz, gdzie pracujesz?
- Mieszkam w hotelu. Postaram się poszukać czegoś innego. Co z pracą to nie wiem. Chciałabym wrócić do starej agencji, ale pewnie mają już kogoś na moje miejsce.
- Przyjdziesz za dwa tygodnie? Chociaż do Kościoła?
Pytanie Andrzeja wbiło ją w fotel. Z resztą jej reakcja na wszystko co związane ze ślubem Wrony i Młodej była identyczna.
- A chcesz, żebym przyszła?
- Tu chodzi o twoją siostrę. Zależy jej na tym. Mnie również będzie bardzo miło.
- Postaram się. - odpowiedziała, wstając i upijając ostatni łyk herbaty, a pusty kubek odstawiając na stół.
- Idziesz już?
- Tak, mam jeszcze parę spraw do załatwienia. Przede wszystkim jestem umówiona z kardiologiem.
- Skoro tak, nie zatrzymuję.
Pomachała na pożegnanie i w takim samym poczuciu paraliżu ciała jak wcześniej, zeszła w dół. Tak naprawdę wcale nie miała wizyty u lekarza. Była  tam wczoraj, a wszystko, co miała załatwić, to nic innego jak zakupy w hipermarkecie. Żadnych ważnych spraw nie było, ale tylko to udało jej się wymyślić na poczekaniu. Z jednej strony chciała spędzić z Andrzejem więcej czasu, nawet całą wieczność, a z drugiej strony wiedziała, że nie może, bo nie jest jej i zapewne już nigdy nie będzie.


*


cześć i czołem.
żyję i oddaję wam ten o to rozdział. coś na przełamanie.
jak widać coś zaczyna się dziać - Moniczka zaczyna się ogarniać.
przepraszam za nieobecność i za ten zawias. chwilowy brak weny, brak czasu, brak chęci, za to nadmiar problemów i nadmiar wrażeń.
na szczęście - wróciłam. ;)