Dziś znowu zrobiłam sobie krzywdę.
A najgorsze jest to, że nikt inny nie jest temu winien.
Gapiła się w zaproszenie co najmniej tak, jakby ślub był wydarzeniem, które dzieje się raz na sto lat. Nie wierzyła, że Andrzej znalazł w sobie na tyle odwagi, aby po jeszcze niedawno złamanym przez nią sercu, czego żałowała bardziej niż jakiejkolwiek innej rzeczy, przygotowywać się do zawarcia związku małżeńskiego, w dodatku z jej młodszą siostrą. Z kieszeni wyjęła ostatni woreczek z kokainą i jeszcze po drodze, rozglądając się na boki, wciągnęła całą jego zawartość. Początkowo było dobrze, bo dopiero po kilkunastu minutach czuć ten narkotykowy odlot. Tak również było w tym przypadku. Nadzwyczajnie pobudzona prawie biegnąc przemierzała miasto. Nie zwracając uwagi na nikogo kierowała się przed siebie. W pewnym momencie oparła się o jedną z kamienic na słynnym Krakowskim Przedmieściu, a jej oddech uległ niepokojącemu przyśpieszeniu. Wydawać by się mogło, że to normalne, bo w końcu przemierzyła szybkim tempem dobre cztery kilometry. Monika czuła, jak jej drobne ciało oblał pot a serce kołacze tak, jakby miało przebić się przez jej skórę. Bezsilnie opadła na mokry chodnik i łapała oddech, którego zaczęło jej brakować. Dwóch mężczyzn mniej więcej w jej wieku podbiegło na miejsce zdarzenia. Jeden zajął się wykonaniem telefonu na pogotowie, drugi próbował cucić nieświadomą dziewczynę. Kiedy funkcjonariusze pogotowia ratunkowego dojechali do leżącej Moniki, poprosili ciekawskich przechodniów o odejście i natychmiastowo zabrali ją do szpitala.
Choć mówią o Tobie żeś ze skały...
- Gdzie ja jestem? - powiedziała otwierając oczy i widząc białe ściany z niebieskimi płytkami.
- W szpitalu, jesteś bezpieczna.
- Ale jak to się stało? Nic nie pamiętam.
- Przedawkowałaś. Warto było się truć?
- Film urywa mi się w momencie, gdy upadam na ziemię.
- Może to i lepiej.
- Co mi jest? Ja chce stąd wyjść!
- Obecnie jest to niemożliwe. Z zapaleniem mięśnia sercowego, po ostrej niewydolności oddechowej i utracie świadomości trochę sobie poleżysz.
- Tato, dlaczego nie pozwoliłeś mi umrzeć? Dlaczego?
Ojciec Moniki był ordynatorem oddziału intensywnej terapii. Chcąc nie chcąc trafiła właśnie na niego i przez jakiś czas była skazana na bycie jego pacjentką. Na wręcz błagalne słowa nie odpowiedział nic.W jego spojrzeniu widziała coś w rodzaju bólu. Przez chwilę wydawało jej się, że działają jakieś więzy krwi, bo być może pomimo skrywanego żalu chciałby przejąć choć odrobinę cierpienia, a nawet jeżeli nie, to i tak je czuł. Ostatecznie zawiesił kartę pacjenta na jej łóżku i powolnym krokiem udał się do swojego gabinetu przymykając drzwi. Monika zrozumiała, że upadła już tak nisko, że sama sobie z tym nie poradzi. Tak nisko, że niżej się już nie dało. Była słaba. Ledwo mogła wstać z łóżka. Ba, ciężko było jej nawet na nim usiąść. Wstydziła się prosić o pomoc. Skoro postrzegano ją jako silną i niezależną od nikogo, bała się pokazywania swoich słabości; Miała okazje porozmawiać z ojcem i przeprosić go za wszystko, co zrobiła. Zapewne poczuła by się o wiele lepiej, bo zyskałaby w końcu kogoś, na kim choć w maleńkim stopniu może polegać, a jak powszechnie wiadomo człowiek jest istotą stadną i na dłuższą metę samotność po prostu go wykończy. Monika czuła, że właśnie tak się stało i o tym, że każdy potrzebuje kogoś przy swoim boku, niezależnie od tego, czy darzy go miłością rodzicielska, przyjacielską czy po prostu miłością do drugiej połówki, przekonała się na własnej skórze. Szkoda tylko, że w sposób prawie najbardziej drastyczny. Gdyby nie szybka interwencja niejakich dwóch mężczyzn mogłaby skończyć z życiem raz na zawsze. Szczęście w nieszczęściu, że o śmierć tylko i aż się otarła. Dręczona przemyśleniami wyciągnęła rękę do przycisku powiadamiającego personel o tym, że jest potrzebny na jej sali i nacisnęła go. Po chwili stała obok niej pielęgniarka, pytając, co chciała.
- Z doktorem Bartoszewskim... Mogę?
Ojciec niechętnie wrócił na salę, ale odważył się na to, aby usiąść na łóżku ewidentnie potrzebującej pomocy córki.
- Nie dam rady wyjść z tego sama. Chcę się leczyć. Powiedz mi tylko gdzie mam pójść. Oczywiście jeżeli nie chcesz, nie musisz mi pomagać, ale ja już naprawdę nie mam do kogo zwrócić się z pomocą.
Wypowiedziała te słowa jednym cięgiem. Choć wydawały się zwykłe, były dla niej niezwykle ważne, bo przez gardło przeszły jej z trudem.
- W poniedziałki, środy i piątki prowadzone są tutaj zajęcia dla uzależnionych od narkotyków. Jest dość liczna grupa ludzi w różnym wieku. Trzeba zjechać tylko dwa piętra w dół. Na pierwsze zajęcia, według zaleceń powinnaś udać się dopiero za półtora tygodnia. Masz chore serce. Mogę poprosić psychologa. Będzie do ciebie przychodził tak często, jak będziesz chciała.
- A ty? Przyjdziesz do mnie czasem pogadać? Chociaż na chwilę?
- Jeżeli ci na tym zależy, to przyjdę.
- Dziękuję. Ach, zapomniałabym... Proszę cię o dyskrecję. Zależy mi na tym, żeby o tym co narobiłam wiedziało jak najmniej osób.
- Nie powiedziałem ani mamie, ani Młodej. Ale i tak oprócz mnie wie ktoś jeszcze. Z resztą ... Co ci będę mówił... Sama mu podziękujesz, jak stąd wyjdziesz.
- Proszę, tylko mi nie mów, że naćpaną znalazł mnie Andrzej.
- Obiecał, że się nie wygada. Uciekam, obowiązki wzywają.
Ponownie odprowadziła ojca spojrzeniem i nieco spokojniej niż wcześniej położyła głowę na szpitalnej poduszce. Chwilami czuła ukłucia w klatce piersiowej a oddech nadal był ciężki i z każdym powtórzeniem męczył ją jak dziesięciokilometrowy maraton. Po wizycie pielęgniarki, która wymieniła jej kroplówkę, z nieco spokojniejszym oddechem zasnęła.
I choćbyś uciekał - to ją gonisz
choć byś się skrywał - szukasz jej
Po wyjściu ze szpitala zobowiązała się dochodzić samodzielnie na zajęcia dla uzależnionych od narkotyków. Jak się okazało, dzieliła swój problem między innymi z właścicielką galerii handlowej, żoną zawodowego żołnierza, kierownikiem hurtowni a także znanym i cenionym prawnikiem. Na ludzkie słabości nie ma przecież lekarstwa. Bezsilność może dopaść każdego, niezależnie od tego czy jest biedny, bogaty, stary, młody, ładny czy mniej urodziwy. Pomimo początkowego wstydu, Monika zaklimatyzowała się w swojej grupie i po kilku zajęciach była w stanie opisywać to, czego doświadczyła bez najmniejszego skrępowania. Choć pogoda, a padało bezustannie przez tydzień, sprzyjała tylko i wyłącznie złemu samopoczuciu, czuła się coraz lepiej. Więcej się uśmiechała, odważyła się nawet parę razy poprosić ojca o kilkunastominutową rozmowę. Temat Andrzeja omijała jednak szerokim łukiem, bo wielkimi krokami zbliżało się wesele. Właściwie to do wydarzenia, które całkowicie pozbawi ją nadziei na przyszłość z Wroną zostało zaledwie dwa tygodnie. Starała się o tym nie myśleć, ale nie potrafiła. Ciągle rozpamiętywała jedną z wizyt z ojca i jego słowa dotyczące podziękowań dla Andrzeja za uratowanie nie tylko zdrowia, ale i życia. Bała się rozmowy, jaka ewidentnie ją czekała. Bała się tego, że zostanie wyrzucona z mieszkania i obrzucona wyzwiskami. Przecież mógł nazwać ją ćpunką, a nawet kimś gorszym. Sama wystarczająco się poniżyła i nie chciała, aby ktoś jeszcze dobitniej jej to uświadomił. Miała jednak wobec Wrony dług, który pomimo wszystko musiała spłacić choć w jednej milionowej części słowem ''dziękuję''. Poprosiła tatę o to, aby zatrzymał młodszą siostrę w domu, co jak się okazało nie było konieczne, bo razem z mamą wybrała się na targi ślubne i udała się do mieszkania Andrzeja. Po drodze złamała parasol, a jej sweter nie posiadał kaptura. Ze złością rzuciła zepsutym przedmiotem w stronę przydrożnego kosza na śmieci i mokra z każdą kolejną sekundą coraz bardziej kontynuowała swoją wędrówkę po warszawskich ulicach. W końcu doszła do celu. Energicznie zapukała do drzwi i stojąc przy nich dobrą minutę traciła nadzieję, że zastanie kogoś w środku. Skierowała się ku schodom, kiedy w progu stanął Andrzej i nieco zdziwiony, z lekkim uśmiechem na ustach otworzył drzwi na oścież machając ręką w geście zaproszenia do środka. Jej kąciki ust również uniosły się w górę. Odgarnęła z twarzy mokre włosy i stanęła w miejscu, aby nie wchodzić dalej i nie zmoczyć paneli podłogowych cieknącą z jej okrycia wodą.
- Usiądź. - wskazał na salonową sofę. - Zrobię ci herbaty.
- Właściwie to przyszłam tylko na chwilę. Nie chcę stwarzać problemu.
- Nie stwarzasz. Malinowa czy zwykła?
- Zwykła.
- Bez cukru?
- Zgadza się. - odrzekła patrząc w bok z niedowierzaniem, że po tym wszystkim pamięta nawet to, jaką pije herbatę. Po kilku minutach wrócił do pomieszczenia i usiadł obok niej. Czuła się niemalże sparaliżowana, bo każda bliskość z Andrzejem przywracała w niej masę wspomnień. Wzięła głęboki oddech i zaczęła mówić.
- Dziękuję ci. Uratowałeś mi życie, bo inaczej tego nie nazwę. Naprawdę nie wiem, jak się tam znalazłeś, ale właśnie dzięki tobie i osobie, która była tam wtedy z tobą, mogę ci o tym wszystkim powiedzieć. Było ze mną źle. Miałam chore serce. Do tej pory biorę leki, ale po dwóch tygodniach leżenia w szpitalu wreszcie mogłam z niego wyjść.
- Nie no, co ty. Każdy zrobiłby to samo.
- Dobrze wiesz, że przecież mogłeś mnie zostawić.
- Ale tego nie zrobiłem i cieszę się, że jesteś teraz tu, a nie gdzieś tam...
- Na cmentarzu. - przerwała mu.
- Właśnie. Co dalej? Zapisałaś się na terapię?
- Tak. Zaczęłam chodzić na zajęcia jeszcze będąc na oddziale.
- Gdzie mieszkasz, gdzie pracujesz?
- Mieszkam w hotelu. Postaram się poszukać czegoś innego. Co z pracą to nie wiem. Chciałabym wrócić do starej agencji, ale pewnie mają już kogoś na moje miejsce.
- Przyjdziesz za dwa tygodnie? Chociaż do Kościoła?
Pytanie Andrzeja wbiło ją w fotel. Z resztą jej reakcja na wszystko co związane ze ślubem Wrony i Młodej była identyczna.
- A chcesz, żebym przyszła?
- Tu chodzi o twoją siostrę. Zależy jej na tym. Mnie również będzie bardzo miło.
- Postaram się. - odpowiedziała, wstając i upijając ostatni łyk herbaty, a pusty kubek odstawiając na stół.
- Idziesz już?
- Tak, mam jeszcze parę spraw do załatwienia. Przede wszystkim jestem umówiona z kardiologiem.
- Skoro tak, nie zatrzymuję.
Pomachała na pożegnanie i w takim samym poczuciu paraliżu ciała jak wcześniej, zeszła w dół. Tak naprawdę wcale nie miała wizyty u lekarza. Była tam wczoraj, a wszystko, co miała załatwić, to nic innego jak zakupy w hipermarkecie. Żadnych ważnych spraw nie było, ale tylko to udało jej się wymyślić na poczekaniu. Z jednej strony chciała spędzić z Andrzejem więcej czasu, nawet całą wieczność, a z drugiej strony wiedziała, że nie może, bo nie jest jej i zapewne już nigdy nie będzie.
*
cześć i czołem.
żyję i oddaję wam ten o to rozdział. coś na przełamanie.
jak widać coś zaczyna się dziać - Moniczka zaczyna się ogarniać.
przepraszam za nieobecność i za ten zawias. chwilowy brak weny, brak czasu, brak chęci, za to nadmiar problemów i nadmiar wrażeń.
na szczęście - wróciłam. ;)